Łotwa: mer Dyneburga oświadczył, że Krym wchodzi w skład Rosji

Mer łotewskiego Dyneburga Andrejs Elksninsz powiedział portalowi Delfi, że Krym wchodzi w skład Rosji. Jego słowa wywołały skandal. MSZ Łotwy przypomniał dziś, że słowa włodarza drugiego co do wielkości miasta w kraju, nie są oficjalnym stanowiskiem władz łotewskich w tej kwestii. 

Wywiad z merem Dyneburga ukazał się w łotewskim portalu kilka dni temu. Dziś Andrejs Elksninsz na konferencji prasowej ustosunkował się do swoich słów oświadczając, że na Krymie obowiązuje rosyjskie prawo oraz działają rosyjskie instytucje, dlatego półwysep “faktycznie znajduje się pod władzą Rosji”. 

Słowa mera odbiły się szerokim echem. Przedstawiciel MSZ Ukrainy Ołeh Nikołenko w mediach społecznościowych napisał, że słowa Elksninsza nie odzwierciedlają ani przyjaznego Ukrainie oficjalnego stanowiska Łotwy, ani postawy większości mieszkańców tego kraju. Minister spraw zagranicznych Edgars Rinkiewiczs w liście do mera Dyneburga, przypomniał że wszyscy łotewscy urzędnicy muszą respektować oficjalne stanowisko Łotwy w kwestii polityki zagranicznej. Szef dyplomacji zaznaczył, że jego kraj konsekwentnie i jednoznacznie uznaje niepodległość i suwerenność Ukrainy w jej granicach uznanych przez społeczność międzynarodową. “Fałszywe referenda przeprowadzone przez Rosję w 2014 i 2022 roku oraz ich wyniki na okupowanych terytoriach Ukrainy są nielegalne i nie odzwierciedlają woli narodu ukraińskiego” – czytamy w komunikacie łotewskiego MSZ. Dziś mer Dyneburga podkreślił, że dla niego jako mera miasta, wiążący jest kurs polityki zagranicznej Łotwy. 

W wywiadzie dla Delfi Andrejs Elksninsz unikał odpowiedzi na pytania dotyczące wywołanej przez Rosję wojny na Ukrainie. Z kolei pytany o odpowiedzialność za masakrę ludności w Buczy polityk winą obarczył nie tylko Rosję, ale też Ukrainę i Stany Zjednoczone. 
Dyneburg leży na południowym-wschodzie kraju. Zamieszkiwany jest przede wszystkim przez mniejszość rosyjską. 

Related Posts

Premier Wielkiej Brytanii wyklucza dymisję ws. kontrowersji wokół Epsteina

Premier Wielkiej Brytanii nie zamierza podawać się do dymisji. Keir Starmer utrzymał stanowisko, ale kryzys związany z kontrowersyjną nominacją na ambasadora polityka związanego z Jeffreyem Epsteinem nadwyrężył jego pozycję. Po dwóch dymisjach bliskich współpracowników szefa brytyjskiego rządu i wezwaniu premiera do rezygnacji trwa chaos w Partii Pracy. Problemy premiera Keira Starmera rozpoczęły się, gdy wyszło na jaw, że Peter Mandelson, którego mianował ambasadorem Wielkiej Brytanii w Stanach Zjednoczonych i który zasiadał w Izbie Lordów, miał powiązania z Jeffreyem Epsteinem. W związku z aferą dwóch współpracowników Starmera podało się do dymisji, a sam premier musiał się tłumaczyć przed posłami Partii Pracy. Keir Starmer odrzucił wezwanie do dymisji i podkreślił, że posiada mandat do rządzenia. „Nie zamierzam odejść” – powtarzał, próbując uspokoić nastroje i zdobyć poparcie klubu parlamentarnego. Część posłów odpowiedziała owacjami i wyraziła wsparcie dla premiera, tak jak to wcześniej zrobili jego ministrowie. „Lojalność rządu utrzymuje Starmera przy władzy” – tak skomentował wydarzenie „The Independent”. W podobnym tonie pisze „The Times”: „Ci, którzy przyszli na polityczny pogrzeb Keira Starmera zobaczyli odroczenie egzekucji”. „Premier przechodzi do ofensywy, a gabinet ustawia się w zgodnym szeregu” – pisze „The Telegraph”. (IAR)

Read more

Paryż: rozpoczął się proces, który zadecyduje o politycznej przyszłości Marine Le Pen

W Paryżu rozpoczął się proces, który zadecyduje o politycznej przyszłości Marine Le Pen. Liderzy nacjonalistycznej partii Zjednoczenie Narodowe stają przed sądem po raz drugi w aferze dotyczącej defraudacji unijnych funduszy. Pierwszy proces zakończył się porażką Le Pen i wykluczeniem jej ze startu w przyszłorocznych wyborach prezydenckich. Apelację od pierwszego wyroku złożyło jedenastu polityków Zjednoczenia Narodowego, którym zarzuca się nielegalne wykorzystanie niemal trzech milionów euro z funduszy Parlamentu Europejskiego na zatrudnianie pracowników partii. Marine Le Pen walczy o uniewinnienie lub złagodzenie kary czterech lat więzienia, grzywny w wysokości stu tysięcy euro oraz zakazu kandydowania w wyborach przez pięć lat. “Latem, czyli gdy sąd apelacyjny ogłosi wyrok, zapadnie decyzja dotycząca mojego startu w wyborach prezydenckich. We wrześniu kampania musi ruszyć” – powiedziała przed procesem liderka narodowców. Ich planem B na wybory prezydenckie jest Jordan Bardella – 30-letni szef partii i wychowanek Marine Le Pen. Jego start wydaje się coraz bardziej prawdopodobny, ponieważ w sondażach uzyskuje on lepsze wyniki niż Marine Le Pen, która już trzykrotnie bezskutecznie ubiegała się o fotel prezydenta. Jej porażka w procesie może więc paradoksalnie zwiększyć szanse narodowców na historyczny sukces w 2027 roku. (IAR)

Read more

Leave a Reply