Szkoci nie mogą sami zorganizować referendum niepodległościowego

Szkoci nie mogą samodzielnie zorganizować drugiego referendum niepodległościowego. Brytyjski Sąd Najwyższy orzekł, że potrzebna jest zgoda rządu w Londynie. Ale to nie koniec sporu. Pierwsza minister Szkocji już zapowiedziała, że znajdzie inną drogę i następne wybory potraktuje jako plebiscyt ws. oderwania się od Królestwa.

19 października przyszłego roku – według szkockiego rządu wtedy miało się odbyć drugie referendum. Ale czerwone światło Sądu Najwyższego oznacza, że rząd regionalny nie może zorganizować głosowania bez zgody Londynu. A ten zgodzić się nie chce, przypominając, że osiem lat temu Szkoci już głosowali i powiedzieli niepodległości “nie”.

“Szkocka Partia Narodowa musi teraz zabrać się do pracy, porzucić referendalną obsesję i skupić na tym, co naprawdę liczy się dla Szkotów ” – pisze w oświadczeniu szef szkockich konserwatystów, Douglas Ross. A lider szkockiej Partii Pracy powiedział w BBC podobnie. “Musimy zająć się dwiema wielkimi kwestiami: rosnącymi rachunkami i kryzysem w służbie zdrowia. To dotyka każdego, i zwolenników niepodległości i jej przeciwników” – przekonywał Anas Sarwar.

Zwolennicy oderwania się od Królestwa traktują wyrok nie jako koniec drogi, lecz jako kolejną przeszkodę na drodze do niepodległości. “Ostrożnie, ale zdecydowanie: nadal będziemy zmierzać ku naszemu celowi” – przekonuje w rozmowie z Polskim Radiem poseł Szkockiej Partii Narodowej John McNally.

Pierwsza minister Szkocji mówi z kolei, że jej partia potraktuje następne wybory parlamentarne jako nieformalny plebiscyt. Jeśli jej partia zwycięży, ma to oznaczać, że Szkoci chcą niepodległości.

Richard Parry, badacz z uniwersytetu w Edynburgu zaznacza, że szczegóły tej koncepcji nie są na razie jasne. Nie wiadomo na przykład, czy “zwycięstwo” oznacza zwykła większość głosów, ponad połowę głosów, czy też połowę mandatów. “Werdykt sprawia jednak że tak naprawdę w kwestii niepodległości nie zdarzy się właściwie nic, aż do 2024 roku” – podkreśla rozmówca Polskiego Radia.

Sondaże pokazują, że żadna strona nie może spać spokojnie. A profesor John Curtice ze Strathclyde University podkreśla, że dzisiejsze rozstrzygnięcie dotyczące procedur nie usuwa istoty problemu, który jest polityczny. “Prawie połowa Szkotów wątpi dziś, że ich kraj korzysta na byciu częścią Królestwa. I to jest powód, dla którego unia jest zagrożona, a nie spór o procedury. Referendum nie byłoby problemem dla przeciwników niepodległości, gdyby jasne było, że je wygrają. Ale to nie jest jasne” – tłumaczy rozmówca Polskiego Radia.

Related Posts

Premier Wielkiej Brytanii wyklucza dymisję ws. kontrowersji wokół Epsteina

Premier Wielkiej Brytanii nie zamierza podawać się do dymisji. Keir Starmer utrzymał stanowisko, ale kryzys związany z kontrowersyjną nominacją na ambasadora polityka związanego z Jeffreyem Epsteinem nadwyrężył jego pozycję. Po dwóch dymisjach bliskich współpracowników szefa brytyjskiego rządu i wezwaniu premiera do rezygnacji trwa chaos w Partii Pracy. Problemy premiera Keira Starmera rozpoczęły się, gdy wyszło na jaw, że Peter Mandelson, którego mianował ambasadorem Wielkiej Brytanii w Stanach Zjednoczonych i który zasiadał w Izbie Lordów, miał powiązania z Jeffreyem Epsteinem. W związku z aferą dwóch współpracowników Starmera podało się do dymisji, a sam premier musiał się tłumaczyć przed posłami Partii Pracy. Keir Starmer odrzucił wezwanie do dymisji i podkreślił, że posiada mandat do rządzenia. „Nie zamierzam odejść” – powtarzał, próbując uspokoić nastroje i zdobyć poparcie klubu parlamentarnego. Część posłów odpowiedziała owacjami i wyraziła wsparcie dla premiera, tak jak to wcześniej zrobili jego ministrowie. „Lojalność rządu utrzymuje Starmera przy władzy” – tak skomentował wydarzenie „The Independent”. W podobnym tonie pisze „The Times”: „Ci, którzy przyszli na polityczny pogrzeb Keira Starmera zobaczyli odroczenie egzekucji”. „Premier przechodzi do ofensywy, a gabinet ustawia się w zgodnym szeregu” – pisze „The Telegraph”. (IAR)

Read more

Paryż: rozpoczął się proces, który zadecyduje o politycznej przyszłości Marine Le Pen

W Paryżu rozpoczął się proces, który zadecyduje o politycznej przyszłości Marine Le Pen. Liderzy nacjonalistycznej partii Zjednoczenie Narodowe stają przed sądem po raz drugi w aferze dotyczącej defraudacji unijnych funduszy. Pierwszy proces zakończył się porażką Le Pen i wykluczeniem jej ze startu w przyszłorocznych wyborach prezydenckich. Apelację od pierwszego wyroku złożyło jedenastu polityków Zjednoczenia Narodowego, którym zarzuca się nielegalne wykorzystanie niemal trzech milionów euro z funduszy Parlamentu Europejskiego na zatrudnianie pracowników partii. Marine Le Pen walczy o uniewinnienie lub złagodzenie kary czterech lat więzienia, grzywny w wysokości stu tysięcy euro oraz zakazu kandydowania w wyborach przez pięć lat. “Latem, czyli gdy sąd apelacyjny ogłosi wyrok, zapadnie decyzja dotycząca mojego startu w wyborach prezydenckich. We wrześniu kampania musi ruszyć” – powiedziała przed procesem liderka narodowców. Ich planem B na wybory prezydenckie jest Jordan Bardella – 30-letni szef partii i wychowanek Marine Le Pen. Jego start wydaje się coraz bardziej prawdopodobny, ponieważ w sondażach uzyskuje on lepsze wyniki niż Marine Le Pen, która już trzykrotnie bezskutecznie ubiegała się o fotel prezydenta. Jej porażka w procesie może więc paradoksalnie zwiększyć szanse narodowców na historyczny sukces w 2027 roku. (IAR)

Read more

Leave a Reply